Balonem nad Kapadocją

Wyjeżdżając z domu byliśmy zdecydowani zrezygnować z tej atrakcji i wcale nie ukrywam, że jednym z powodów była odstraszająca cena. Na polskie realia 150 EU od osoby to przesada nawet lecąc w pozłacanym koszu. Zakładaliśmy, że pojedziemy jednak z grupą by przynajmniej z ziemi poczuć tę atmosferę i przyjrzeć się startującym balonom. Takie rozwiązanie okazało się niemożliwe bo chętnych na lot przejmowała przed świtem firma baloniarska i to ona zapewniała opiekę i transport. Nasz turecki pilot i oficjalny przedstawiciel firmy Akdem, której autokarem podróżowaliśmy zbierał zgłoszenia, a już w hotelu miał nas skontaktować z przedstawicielem właściwego operatora. Trzeba było się zdecydować i jak to czasami bywa - okoliczności wpłynęły na zmianę zdania. W końcu jest to jedna z takich przygód, które w życiu mogą się nie powtórzyć. Pewnym ułatwieniem było także to, że za wyprawę można było zapłacić kartą. W ten sposób znaleźliśmy się w wąskim gronie wybrańców losu (czytaj szalonych pogromców własnego portfela) i od 4.30 znaleźliśmy się w rękach firmy Kaya Ballons.
 
Jest jeszcze zupełnie ciemno gdy docieramy na miejsce. Gdzieś w tej czerni na dole budzą się balony Ten będzie nasz. Na razie jeszcze smętnie leży na boku ale dmuchawy już pracują Wraz z pierwszą szarówką jesteśmy w koszu. Obok podnoszą się do pionu kolejne czasze
Na długo zanim wstało słońce firmowym busem, po zupełnie nieznanych drogach, dotarliśmy na obszerną równinę gdzie wszystko już wrzało i syczało. Korzystając z poczęstunku w postaci tureckich wypieków i gorącej herbaty mogliśmy obserwować pierwsze przygotowania z niewielkiego wzniesienia. W końcu poproszono nas na dół gdzie leżała smętnie powłoka naszego statku i poznaliśmy naszego pilota. Potężne wentylatory szybko zaczęły nadawać jej coraz bardziej realny kształt. Wreszcie buchnęły ogniem wielkie gazowe palniki i monstrualna powłoka zaczęła unosić się do pionu. Do naszej szóstki dołączono grupę pięciu hindusów i w takim składzie zostaliśmy zaproszeni do kosza. Tu przeszliśmy podstawowe szkolenie, które podniosło poziom adrenaliny i odpłynęły resztki senności. To na wypadek awaryjnego lądowania. Jeszcze tylko kilkakrotny huk palników tuż nad głową i cumy trzymające nasz kosz przy ziemi zostały zwolnione.
 
Odrywamy się od ziemi jako jedni z pierwszych. Ze względu na zdjęcia to nie najlepiej Pod nami już pierwsze skalne kominy, a inni ciągle leżą i dmuchają Gdy dołączą wszyscy będzie w powietrzu około 70 balonów - tyle udało się policzyć
Gdy zaczyna szarzeć powoli odrywamy się od ziemi jako jedni z pierwszych. Na dole szereg balonów ciągle jeszcze w sennej, półleżącej pozycji i tylko błyski ognia wskazują, że wolno budzą się do życia. Gdy dołączą wszystkie będzie ich w powietrzu ponad 70, a przynajmniej tylu udało się doliczyć. To rzeczywiście niesamowite wrażenie - to miejsce i ta liczba kolorowych czasz. Teraz już tylko można się przyglądać i cieszyć oczy niewyobrażalnym widokiem. Początkowo suniemy tuż nad wierzchołkami skalnych kominów odpalając co chwilę palniki by zyskać kilka kolejnych metrów i nie zawadzić koszem. Czasami udaje się to niemal w ostatniej chwili. Łamiemy niestety kilka gałązek najwyższych drzew i wreszcie pikujemy w górę. Teraz mamy na dłoni całą dolinę w niesamowitej scenerii barw od różu i błękitu, przez fiolet i uśpioną zieleń. Brakuje tylko żółtego, który nadejdzie później wraz z budzącym się słońcem. Potem znów schodzimy niżej. Zrobienie zdjęć w ruchu stwarza prawdziwy problem - trzeba manewrować między optymalną czułością, czasem naświetlenia i histogramem. Tylko dla tych zdjęć wolałabym ruszyć jako ostatnia.
 
Z każdą chwilą jest coraz jaśniej chociaż słońce ciągle jeszcze kryje się za horyzontem Trudno zidentyfikować najbardziej charakterystyczne punkty bo poznamy je z bliska trochę później Nawet bez tej wiedzy jest się czym zachwycać, a wątpliwości czy polecieć już odleciały
W końcu pojawiają się pierwsze promienie słońca i barwy szaleją. Zapatrzeni w przestrzeń nie jesteśmy w stanie rozpoznać miejsc oglądanych wcześniej na zdjęciach. Z bliska zobaczymy je dopiero później i w sumie będzie to jeden z najbardziej ekscytujących dni całej wyprawy. Znów schodzimy niżej, a czas płynie nieubłaganie. Zaraz skończy się nasza godzina i wylądujemy na przyczepie idealnie podstawionej terenówki. Niespodzianką będzie lampka szampana i pamiątkowy złocony dyplom - obiekt dumy i chyba odrobiny zazdrości. Na dokończenie fotograficznej relacji zapraszam na kolejną stronę.