Saiyok - wioska słoni

Jadąc do Indii miałam wielką nadzieję na przejażdżkę na słoniu, ale nie taką zwyczajną na ławeczce lub w koszu montowanym na jego grzbiecie tylko prawdziwą – na karku słonia jak robią to ich opiekunowie. No cóż, wtedy nie wyszło, a moja zachcianka musiała poczekać aż do tego dnia w Tajlandii, gdy odwiedziliśmy wioskę słoni Saiyok Elephant Park, znajdującą się na południowy-wschód od Resotel Kanglawa. Współrzędne tego miejsca to: 14° 6'39.52"N 99° 8'41.01"E.
Opowieść o tajskich słoniach jest bardzo kontrowersyjna, a ja nie chciałabym narazić się nikomu. Słonie w tym kraju od zawsze były czczone, występowały w mitach i legendach religijnych. Szczególny kult słonia wynikał z przekonania, że cały świat spoczywa na ich trąbach. Słoń był od niepamiętnych czasów narodowym symbolem tego kraju, a do 1915 roku wizerunek białego słonia był godłem na fladze Tajlandii. Można by odnieść wrażenie, że nie ma na świecie miejsca gdzie słoniom byłoby lepiej niż tu.
  
Wioska Saiyok Elephant Park jest miejscem gdzie podobno szanuje się słonie ale i tu jest show Dosiadanie słonia iście po królewsku tylko rampa nie tej klasy co w pałacu w Bangkoku W odróżnieniu od indyjskiego stylu w Tajlandii podróżuje się siedząc przodem, a nie bokiem do kierunku
Równolegle ten sam słoń był jednak machiną wojenną, ciężko pracował przy karczowaniu dżungli i transporcie drewna, był masowo zabijany dla jego drogocennych kłów. W ciągu minionych lat populacja słoni spadła ze stu do około pięciu tysięcy, w tym zaledwie 1500 żyjących dziko na wolności. Gdy w roku 1989 zabroniono karczowania lasów dla celów handlowych słonie pozostały bez pracy sprawiając niemały problem swoim mahaut, czyli opiekunom. Słoń azjatycki, chociaż mniejszy od afrykańskiego ma swoje niemałe potrzeby. Zjada dziennie około 150 kg pokarmu i wypija ponad 100 litrów wody, a więc jego utrzymanie sporo kosztuje. Pojawił się zatem pomysł by wykorzystać słonie w branży turystycznej i przynajmniej trochę zrekompensować ponoszone straty.
  
Na początku było fajnie, ale nie o takiej jeździe myślałam. Kusiło mnie by usiąść na karku słonia I dopiero teraz poczułam się jak prawdziwy mahaut chociaż słoń i tak chyba mnie nie słuchał Na nierównej ścieżce nie zawsze miałam uśmiechniętą minę - w końcu to pierwszy raz
Zmiana ta nie wpłynęła jednak korzystnie na życie słoni. Były bite, głodzone i maltretowane by uczyły się zabawnych sztuczek. W ślad za tym powstały pierwsze ośrodki, gdzie zaczęły trafiać słonie bardzo skrzywdzone przez swoich opiekunów. Ludzie, którzy zdecydowali się nimi zaopiekować nakłaniają wręcz by bojkotować cyrkowe występy, podobnie jak popisy delfinów wyrwanych ze swego naturalnego środowiska. Kolejne lata zmieniły tę sytuację, zmienili się ludzie i ich stosunek do tych zwierząt, ale do ich tresury podchodzę z mieszanymi uczuciami. Potrafię zrozumieć, że słoń może zostać udomowiony i można na nim jeździć jak na koniu, a przecież to nikogo nie dziwi. Słonie odgrywające zabawne skecze to jednak przesada i takich zdjęć nie zobaczycie w mojej relacji.
 
Prawdziwa przyjemność zaczęła się dopiero wtedy gdy zgrałam się już z rytmem mojego wierzchowca Nie było ani szorstko, ani gorąco tylko tylko uszy słonia klapały mnie przy co drugim kroku Na koniec zakupiona wcześniej nagroda w postaci świeżych bambusowych pędów
Być może oglądaliście jeden z odcinków „Boso przez świat”, gdzie Wojciech Cejrowski siada na karku słonia i negatywnie opisuje to doświadczenie. Słoń grzeje, a jego chropowata skóra działa jak prymitywne narzędzie do depilacji. Nie wypada mi polemizować ze słynnym podróżnikiem, ale tym razem to zrobię. Jechało mi się o wiele wygodniej niż mężowi na ławeczce, a zwłaszcza, gdy zjeżdżaliśmy w dół. Nic nie grzało i nie drapało. Ostra i kłująca jest jest natomiast jego sierść na głowie, gdzie czasami starałam się opierać. Przeszkadzały mi trochę uszy słonia, którymi klapał mnie po nogach co drugi krok. Ale nawet ten wachlarz wspominać będę z przyjemnością, bo wreszcie spełniłam swoje malutkie marzenie początkującego podróżnika. Musicie tego spróbować o ile traficie na opiekuna, który da się namówić na tę odrobinę samodzielności. Nasz był fantastyczny i nawet  nieźle poradził sobie z aparatem - Kop khun-ka.