Mombasa

Do Mombasy wybrać się warto i przynajmniej na początek w sposób zorganizowany. Samo miasto, chociaż drugie, co do wielkości po Nairobi, nie robi szczególnego wrażenia. Nie przytłacza wielkością ani nowoczesnością, a strzeliste budynki banków czy zachodnich korporacji tylko potęgują kontrast. Dokucza hałas i ciasnota na ulicach. Są tu jednak miejsca, które trzeba poznać i chociaż trochę zrozumieć problemy codziennego życia. Pierwszy szok to przerażająca dzielnica slumsów na jego przedmieściach ciągnąca się przez kilka kilometrów. Chaty i uliczne kramy sklecone z gałęzi przykrytych porwaną folią, szczątkami desek i falistej blachy. Dziwne, że same stoją, a na stołach da się cokolwiek położyć. Znajdziecie tu wszystko - świeże owoce, podstawowe artykuły gospodarstwa domowego, ubrania buty, tornistry. Droga nie ma tu utwardzonego pobocza ani chodnika. W zagłębieniach ziemi spokojnie parują kałuże ścieków rozcieńczonych deszczową wodą. Maszyna do szycia, pamiętająca czasy kolonialne i ustawiona na betonowych płytach, wskazuje na tętniący życiem jednoosobowy zakład krawiecki, gdzie na poczekaniu dokonuje się prostych przeróbek,
  
Brama w kształcie kłów słonia to od pół wieku wizytówka Mombasy Jednak zanim tu dotrzecie z południa trzeba jeszcze pokonać przeprawę promową Ruch na głównych ulicach przypomina, że jesteśmy w jednym z dwóch największych miast
Opodal jakiejś szopy dwa krzesła, czyli zakład fryzjerski, gdzie można ułożyć tradycyjne warkoczyki. Między stertami śmieci, których nikt nie sprząta kłuje w oczy pomalowany fragment rozpadającej się ściany z krzykliwą reklamą Coca-Coli, trochę dalej kusząca oferta bezprzewodowego Internetu za jedyne 2999 szylingów. Tego wam nie pokażę, bo nie chciałam fotografować tych miejsc i ludzi, którzy po prostu tak żyją jak mogą. Im bliżej miasta tym ruch coraz bardziej gęstnieje. To znak, że zbliżamy się do przeprawy promowej przez główny kanał portowy. Każdego dnia sunie tędy czarna rzeka około 300 tys. ludzi do pracy i w jej poszukiwaniu. Przeprawę obsługują jednocześnie trzy promy, ale to zdecydowanie za mało, bo w niektórych porach dnia czas oczekiwania przekracza nawet dwie godziny. Być może, gdy przyjedziecie tu moim śladem będą już na miejscu znacznie większe promy, które właśnie płyną tu z Niemiec.
   
W tej mieszance kultur i religii wszystko tworzy spójną
i zaniedbaną całość.
Mombasa nie jest miastem dla turysty. Służy mieszkańcom i marynarzom ale warto tu zajrzeć Tu każde wolne miejsce jest racjonalnie wykorzystane
Mombasa pojawiła się na mapie już w XI w. za sprawą arabskich handlarzy i szybko stała się centrum handlowym wschodniej Afryki. Przez wiele lat była jednym z najbogatszych miast tego regionu. Pierwszym Europejczykiem jaki dotarł w te strony był Portugalczyk Vasco da Gama w roku 1498. Nie od razu jednak Portugalczycy zatknęli tu swoją flagę. Skuteczna obrona upadła dopiero w roku 1505 gdy do brzegów Mombasy dotarło 14 portugalskich okrętów. Miasto doszczętnie zniszczono zabijając ponad 1,5 tys. mieszkańców i skradziono wszystko co przedstawiało jakąś wartość. Po spaleniu Mombasa odrodziła się na nowo by zostać powtórnie splądrowana i ograbiona w roku 1528.
   
Atrakcją Mombasy jest niewątpliwie targ miejski Tu możecie kupić owoce i przyprawy i wynegocjować dobrą cenę Pomimo, że głośno i tłoczno jest całkiem bezpiecznie
Dopiero po trzecim najeździe Portugalczyków i masakrze ludności w roku 1589 postanowiono stworzyć tu własny ośrodek władzy. I tak w roku 1593 zakończono budowę i poświęcono Fort Jesus. Nie oznaczało to jednak stabilności bo twierdza do roku 1875 aż dziewięć razy przechodziła z rąk do rąk. Po raz pierwszy zdobyto ją i wymordowano wszystkich Portugalczyków już w 1631 roku ale udało się twierdzę odbić. Pozwoliło to Portugalii na umocnienie swojego panowania, które ostatecznie skończyło się w roku 1698 gdy Mombasa została zdobyta przez arabów pod wodzą sułtana Omaru.
 
 
 
Mombasa - kontynuacja