Diébéring i las kapokowy

Po krótkim poobiednim wypoczynku wyruszamy w kierunku Diébéring. Przejdziemy przez wioskę i las kapokowy w kierunku wybrzeża skąd jeepami wrócimy plażą do hotelu. Tych ostatnich jest trochę za mało więc podzielimy naszą grupę na dwa zespoły i ten drugi zaliczy trasę w odwrotnej kolejności. Na wielkim placu pośrodku osady wita nas ogromne drzewo kapokowe, podobno największe w okolicy. Rzeczywiście człowiek pod jego konarami wygląda na drobinę.
  
Jak wielkie może być kapokowe drzewo pokazuje proporcja między jego konarami i człowiekiem Nasze białe twarze szybko budzą zaciekawienie najmłodszych i podchodzą do nas bez skrępowania Po kilku chwilach niemal każdy ma już nowych przyjaciół
Po kilku minutach pojawiają się też najmłodsi mieszkańcy, z którymi bez najmniejszych zahamowań nawiązujemy pierwsze kontakty. Gdy wejdziemy już głębiej między zabudowania, każda wolna ręką będzie zajęta, bo każdy będzie miał co najmniej jedno dziecko chętne na wspólny spacer. I tak nasza dziesięcioosobowa grupa powiększy się ponad dwukrotnie.
 
W niedalekiej wiosce nasza niewielka grupa powiększy się ponad dwukrotnie Dzięki charakterystycznym pniom, drzew kapokowych nie można pomylić z niczym innym Wytwarzany przez nie puch służył kiedyś do wypełniania kapoków
Odprowadzą nas aż do kapokowego lasu skąd widać już ocean. Muszę się przyznać, że z drzewami kapokowymi (Ceiba pentandra) spotkałam się właśnie tu po raz pierwszy. Ich charakterystyczne pnie i konary są niesamowite. Puch jaki produkują nie absorbuje wody i dlatego służył kiedyś do wypełniania pierwszych kapoków. Właśnie temu zawdzięczają swoją potoczną nazwę. Ma on jeszcze jedną właściwość, która może bardzo się przydać w survivalu. Wystarczy bowiem najmniejsza iskra i puch błyskawicznie się zapala.
 
Nasza powiększona grupa na chwilę przed odjazdem Jeszcze tylko wspólnie wypita szklanka soku na pożegnanie i wsiadamy do jeepów Przejedziemy nimi kilka kilometrów piękną i bezludną plażą
Po krótkim czasie pojawiają się i nasze jeepy z drugą połową grupy. Wspólnie z naszymi czarnymi przyjaciółmi wypijamy po szklance pomarańczowego soku i ruszamy w kierunku brzegu. Kolejne kilka kilometrów pokonamy bezludną plażą i przed zachodem słońca wrócimy do hotelu. Późnym wieczorem pojedziemy jeszcze do centrum Cap Skiring i do północy spędzimy czas przy fantastycznej, folkowej muzyce.
 
Ostatniego wieczora gościmy miejscową grupę wokalno-taneczną Prostota strojów i instrumentów doskonale komponuje się z melodyjną i rytmiczną muzyką Ci ludzie po prostu kochają się bawić i robią to przy każdej okazji o czym jeszcze nie raz się przekonamy
Ostatnią atrakcją Cap Skiring będzie wizyta w naszym hotelu miejscowego chóru, chociaż o wiele bardziej pasuje do nich termin grupa wokalno-taneczna. Melodyjna i rytmiczna muzyka, afrykańskie bębny i tańce spodobają się każdemu, a wszystko skończy się wspólną zabawą, w której z wielką trudnością będziemy im dotrzymywać kroku. Rano pożegnamy urocze Cap Skiring i ruszymy w kierunku Gwinei Bissau.