Sharm el Sheikh 2009 - Rejs na wyspę Tiran

Atrakcją tej wycieczki jest całodzienny pobyt na morzu i możliwość podziwiania przepięknych raf położonych w pobliżu wyspy Tiran. W programie przewidziano 3 przystanki na snorkeling po około 30 min. każdy i obiad na statku. Napoje bezalkoholowe są wliczone w cenę i nie podlegają ograniczeniu. Z hotelu około 8.00 zabiera nas anglojęzyczny pilot i przypomina, że mamy uregulować kwotę 99$ za 3 osoby. To utwierdza nas w przekonaniu, że zabieramy się właściwym busem, bo na wcześniejsze pytanie czy to wycieczka na Tiran z Aaba Sharm nie potrafi odpowiedzieć. Jest tylko prostym wykonawcą i o tym gdzie wykupiliśmy imprezę nie ma pojęcia. W porcie dostajemy właściwych opiekunów, którzy jak się okazuje popłyną z nami. Jesteśmy grupą Nemo (wym. Nimo) i nasi przewodnicy bardzo uczulają by zapamiętać tę nazwę. Jak będzie to ważne przekonamy się na miejscu.
Tiran to właściwie tylko zaokrąglona nazwa imprezy. Sama wyspa jest zaminowana, stacjonują na niej egipskie i międzynarodowe siły rozjemcze strzegące pokoju z Izraelem. Dlatego do samej wyspy się nie podpływa, a statki wycieczkowe cumują w rejonie Gordon Reef, czyli w pobliżu słynnego wraku Loullia widocznego na satelitarnych zdjęciach Google Earth.
 
Port w Sharm el Sheikh - wszyscy chcą wypłynąć o tej samej godzinie W drodze na Tiran czas nieco się dłuży, ale taka zabawa przy dużej fali to spore ryzyko Gordon Reef - tłok jak na deptaku w Nama Bay przed północą. Grupa Nimo płynie na rafę
Droga nieco się dłuży bo nasza łódź nie należy do najszybszych. Po przybyciu na miejsce przeżywamy pierwszy szok. Obok nas stoi już około 5 statków i jak na komendę wszyscy schodzą do wody. W wąskim przesmyku między łodziami panuje niesamowity tłok i pływanie w takich warunkach jest wręcz niebezpieczne. Skupiamy się na tym by nie zostać pokaleczonym płetwami falującymi na centymetry od twarzy. Każdy z opiekunów chce by jego grupa trzymała się razem co w tej sytuacji jest raczej trudne. Słychać więc ciągłe nawoływania, które tylko dezorientują bo w sumie nie wiadomo o co chodzi. Mamy 30 minut, zegarek i trafimy do łodzi - po co więc ta cała panika? W końcu docieramy do krawędzi rafy i szukamy miejsca dla siebie, chcemy zrobić chociaż kilka pierwszych zdjęć. Nimo, Nimo, Nimo - spoglądamy ponad taflę morza. Nasz opiekun jest około 100m dalej i wyraźnie pokazuje kierunek powrotu. Nie minęło nawet 20 minut, ale jak dodamy 10 na powrót będzie prawie 30. Bez sensu. Wracamy na łódź.
Mąż rozmawia z kapitanem i słyszę jak mówi, że tak głupiej organizacji jeszcze nie widział. Niczego nie można zobaczyć, tylko nogi innych ludzi. Mamy przecież cały dzień i olbrzymią rafę, na której można znaleźć bezpieczne miejsce, dać więcej czasu i nie siać paniki. Kilka minut później nasza łódź wybiera cumy i odpływamy. Kapitan zatrzymuje silnik kilkaset metrów dalej i obok nas nie ma nikogo. Dostajemy tym razem 45 minut. Na wszelki wypadek pokazujemy zegarek i zapewniamy, że wrócimy na czas bez nawoływania. Mamy wreszcie naszą rafę i spokój, możemy zrobić trochę zdjęć. Emocje po pierwszym zejściu opadają. Pomimo, że mamy go więcej czas biegnie szybko. Chętnie zostalibyśmy w wodzie jeszcze z godzinę ale trzeba wracać. Na pokładzie podchodzi kapitan i pyta czy teraz było dobrze i jesteśmy zadowoleni, Widać wyraźnie, że nasza odpowiedź poprawia mu humor.
  
Drugie zejście jakby zupełnie
z innego świata - a przecież można było tak od razu
Obiad na statku łagodzi nastroje, jest smaczny i z pewnością każdy wybierze coś dla siebie Trzecie zejście w zatoce przy Sharm el Sheikh to jak widać częsta praktyka kapitanów
Kolejnym punktem programu jest obiad - wołowina, smażona ryba, makaron z sosem, ryż, ziemniaki i dużo surówek, Wszystko świeże i dobrze przyrządzone. Napoje schłodzone i pod dostatkiem. Po obiedzie znów odzywają się silniki i odpływamy. Kierunek w jakim płyniemy budzi jednak zaniepokojenie. Jest dopiero 14.00 a wszystko wskazuje na to, że już wracamy. A co z trzecim zejściem?
W jednej z zatok przy Sharm el Sheikh silniki gasną. Pora na trzecie zejście. Mamy 45 - 50 minut. Oczywiście skrupulatnie wykorzystamy 50, ale brak tu logiki. Pomimo, że rafa jest fajna to w końcu wycieczka na Tiran, a nie do zatoki przy Sharm. Obserwując liczbę statków, które na szczęście znajdują się w sporym oddaleniu nabieramy przekonania, że to taktyka stosowana przez zdecydowaną większość kapitanów. Tylko po co?
Będąc kilka dni później w siedzibie biura w Nama Bay wracamy w rozmowie z szefem Aaba Sharm do programu tej wycieczki. Zwracamy uwagę, że realizowany program odbiegał od umowy i mamy świadomość, że winę za to ponosi wykonawca. W rzeczywistości jednak osoby niezadowolone zawsze przeniosą odpowiedzialność na tego, kto sprzedał bilet. Negatywna opinia będzie więc wystawiona Aaba Sharm, a nie kapitanowi statku.
Prawda jest taka, że biuro współpracuje z najlepszymi na rynku i w przypadku tej konkretnej oferty wycieczka wykupiona u rezydenta trafi do tego samego wykonawcy, a jej przebieg będzie podobny. Alfa Star, Sun&Fun, Exim czy Aaba Sharm zlecają wykonanie, zawierają umowę z turystą i ponoszą główny ciężar odpowiedzialności. Aby skutecznie reagować potrzebują jednak konkretnych i na gorąco przekazywanych opinii. Może wielcy potentaci bardzo się nimi nie przejmą, ale dla biura, które ciągle walczy o pozycję na rynku, jest to szansa udowodnienia swojej wiarygodności, której nie może lekceważyć.
 
 
Kolorowy Kanion