Dalada Maligawa c.d.

Po wyjściu z głównej świątyni zaglądamy jeszcze na chwilę do jednej z sal nowego pałacu i zacienionym tarasem kierujemy się ku wyjściu. Na zewnątrz spoglądamy na dziwną budowlę będącą obszernym zadaszeniem wspartym na drewnianych słupach. To dawna sala audiencji publicznych, która w roku 1815 była miejscem podpisania Konwencji Kandyan kończącej okres lankijskiej monarchii i stanowiącej brytyjski protektorat na wyspie. Co ciekawe, konwencji nie podpisał król ukrywający się przed Brytyjczykami, a jego urzędnicy. Później Sri Vikrama Rajasinha został schwytany i zesłany do Vellore w południowych Indiach.
  
Zacienionym tarasem kierujemy się w stronę wyjścia na dziedziniec Tu przyciąga uwagę zadaszenie wsparte na drewnianych słupach czyli dawna sala audiencyjna W małym budynku obok mieści się muzeum poświęcone najbardziej znanemu słoniowi Sri Lanki
Nieco dalej stoi mały budynek mieszczący unikalne muzeum poświęcone jednemu z największych skarbów Sri Lanki. Był nim słoń imieniem Raja (Radża). W roku 1925 został schwytany w dżungli i za olbrzymią w tych czasach kwotę 3300 rupii kupiony wraz z innym młodym słoniem imieniem Skanda przez właścicieli rezydencji Giragama Walauwa w Kandy. W roku 1937 słonie zostały przekazane do świątyni Dalada Maligawa i jeszcze w tym samym roku wzięły udział w świętej procesji Esala Perahera. Raja wyróżniał się na tle innych słoni idealnymi wręcz proporcjami ciała i niezwykłym posłuszeństwem dzięki czemu w roku 1950 stał się głównym słoniem parady noszącym na grzbiecie złotą szkatułę ze świętą relikwią. W uznaniu jego zasług dla religii i kultury, w sierpniu 1986 roku ówczesny prezydent JR Jayewardene, ogłosił Raję skarbem narodowym  Sri Lanki. Dwa lata później Raja zakończył życie po 50 latach spędzonych w świątyni, a jego pamięć uczczono dniem żałoby narodowej.  Powstał jednak problem co z nim zrobić bo zwyczajowo padłe słonie ćwiartowano i palono. Raja był jednak skarbem narodowym więc postanowiono go wypchać i utworzyć muzeum poświęcone jego wyjątkowej historii.
 
Zespół świątynno-pałacowy najlepiej widać ze wzgórz okalających miasto Stąd Kandy wygląda pięknie i spokojnie czego nie można powiedzieć patrząc z bliska Od roku 1572 stolica królestwa jest dziś stolicą Prowincji Centralnej i liczy ponad 120 tys. mieszkańców
Kompleks świątynno-pałacowy najlepiej widać ze wzgórz okalających centrum Kandy, skąd bez trudu rozpoznacie złoty baldachim. Na prawo od niego znajduje się budynek nowego pałacu, a po lewej przebija pośród drzew kopuła ośmiobocznej Patthirippuwy. Stąd miasto wygląda naprawdę pięknie i spokojnie, czego nie można powiedzieć spacerując zatłoczonymi ulicami. Nie istnieją tu żadne ograniczenia w zatrzymywaniu się pojazdów, a przejazd przez miasto, zwłaszcza w godzinach szczytu, jest prawdziwym koszmarem.
 
Miasto jest czyste ale niezwykle zatłoczone bo przepisy ruchu i znaki drogowe prawie nie istnieją Jedną z atrakcji w okolicy jest królewski ogród botaniczny z ponad 4000 gatunków roślin Pokaz narodowych tańców Sri Lanki to najwyższy kunszt artystyczny w byle jakim miejscu
Zmęczeni podróżą i całym dniem mamy przed sobą jeszcze jedną, wyjątkową atrakcję. Tuż przed zachodem słońca udajemy się do miejscowego centrum kultury na pokaz lankijskich tańców narodowych. Sala wprawdzie ze sceną, ale przypominający opuszczoną halę magazynową z setkami przypadkowych plastikowych krzeseł i kilkoma leniwie pracującymi wentylatorami to jedno wielkie nieporozumienie. Po wielkiej awanturze z porządkowymi zajmujemy miejsca w pobliżu sceny, ale przez to na lodzie zostają Japończycy, którym nasze krzesła obiecał ktoś inny. Siadają więc wzdłuż jedynego przejścia ewakuacyjnego i aż strach pomyśleć co by się działo w przypadku pożaru. Szkoda mi tych artystów, bo prezentują najwyższy poziom zawodowego przygotowania i dumni są, że mogą zaprezentować przed nami ten wyjątkowy spektakl. To naprawdę trzeba zobaczyć, ale nie w tym miejscu i takich warunkach.
Po zmierzchu jedziemy do hotelu marząc o wypoczynku. Nasz hotel Emerald Hill, oddalony 4 km od centrum, leży wysoko na wzgórzu i prowadzi do niego wąska, kręta droga, której autokar nie pokona. Przesiadamy się więc do busów, które zawiozą nas na górę. Na szczęście bagaże już są na miejscu. Za taką organizację wielki plus dla naszego lankijskiego przewodnika Kumara, ale w kwestii oceny wspomnianego występu pozostanę uparta.